Rozwód po katolicku

Wiem, że Polska jest krajem katolickim. Wiem też, że wielu Polaków traktuje swoją wiarę jako nierozerwalną część tradycji narodowej. I to trzeba uszanować. Przynajmniej staram się to szanować.

Od lat jestem rozdarty. Niemal cała moja rodzina należy do Kościoła katolickiego. Sam przyjąłem wszystkie sakramenty, zostałem wychowany w tej wierze. A jednak — swój światopogląd budowałem na lekturze ludzi takich jak Bertrand Russell, Richard Dawkins, Christopher Hitchens i inni tzw. „wojujący, nowi ateiści”. Przez długi czas wierzyłem, że prawda jest najwyższą wartością — i że trzeba o nią walczyć, niezależnie od konsekwencji.

Z czasem jednak złagodziłem podejście. Uznałem, że jeśli wiara naprawdę komuś pomaga — to nie ma sensu na siłę przekonywać go do zmiany poglądów (tym bardziej, że jeszcze nikogo do niczego nie przekonałem). Jeśli ktoś nie chce rozmawiać o tym, czy jego religia ma sens — staram się to uszanować. Nie drążę. A przynajmniej próbuję. Ludzi należy szanować bez względu na to, czy są wierzący, czy nie. To wydaje się oczywiste (choć nie zawsze działa to w druga stronę, ale to juz inna kwestia).

No właśnie — wydaje się.

Bo czasem po prostu nie mogę. Coś we mnie pęka. I mam ochotę złamać swoje zasady, powiedzieć wprost, co naprawdę myślę. Że religia — niezależnie od tego, czy ktoś się przez to obrazi — bywa społecznie szkodliwa. Tak właśnie było dzisiaj.

W jednym z moich ostatnich tekstów — o niemiłosiernym Bogu — wkleiłem film pewnego chrześcijańskiego youtubera, Mikołaja Kapusty, który prowadzi kanał „Dobra Nowina”. Kapusta jest magistrem teologii, więc zacząłem śledzić jego materiały, by lepiej zrozumieć punkt widzenia osoby głęboko wierzącej. I trzeba mu oddać sprawiedliwość: wiedzy teologicznej, zwłaszcza biblijnej, odmówić mu nie sposób.

Jego kanał ogląda się całkiem przyjemnie — Mikołaj to człowiek sympatyczny, uśmiechnięty, pełen przekonania do tego, co głosi. Choć pochodzi z zupełnie innego świata niż ja, potrafię uszanować jego podejście.

Problem pojawił się, gdy natrafiłem na ten konkretny film:

Proszę wybaczyć język, ale… ja pierdolę. Co tu się wydarzyło?

Na pierwszy rzut oka — ciepła, pozytywna atmosfera. Małżeństwo, jego matka, wspólna rozmowa o życiu, małżeństwie i rozwodach. Wszystko zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego. Spokojna dyskusja.

A potem padają tezy. Oto niektóre z nich:

  • Rozwód to ciężki grzech, przez który możesz nie trafić do nieba.
  • Organizując wesele, powinieneś zaprosić rozwodnika razem z jego pierwszym, sakramentalnym małżonkiem. Bo przysięga to rzecz święta.
  • Nawet jeśli to nie z twojej winy doszło do rozpadu małżeństwa — i tak ponosisz moralną odpowiedzialność. Bo rozwód to grzech. I już.

Rozumiecie? Jeśli mąż regularnie bije żonę — to ona i tak nie może go „porzucić”, bo rozwód to przecież grzech. Co najwyżej może ubiegać się o separację i liczyć, że „kochany mężuś” się opamięta. A gdy się opamięta — powinna do niego wrócić, bo przecież ślubowała „aż do śmierci”.

Grunt, że przysięgała. Nieważne, że żyje w piekle. A jeśli mają dzieci — to cierpią również one.

Pada tam też argument, że dzieci cierpią z powodu rozwodu. No dobrze, ale czy nie cierpią równie mocno, gdy ich rodzice tkwią w toksycznym związku? Czy naprawdę lepiej, żeby dziecko dorastało w domu pełnym wrogości, byle z „nieskazitelnym” sakramentem małżeństwa?

To przerażająca retoryka. A jednocześnie w pełni zgodna z oficjalną doktryną Kościoła. To nie jest tak, że ktoś źle zrozumiał Ewangelię. Nie. To właśnie takich rzeczy naucza się wprost i bez cienia wątpliwości.

W czym problem?

Największym dramatem naszego społeczeństwa jest to, że ogromna część ludzi opiera swoją moralność na księdze powstałej kilka tysięcy lat temu, kompletnie nieprzystającej do realiów współczesnego świata.

Jako ateista uważam, że celem człowieka powinno być po prostu szczęście. Mamy tylko jedno życie i powinniśmy wycisnąć z niego jak najwięcej. Życie dobre — nie w oczach Boga, lecz w oczach własnego sumienia.

Tymczasem człowiek religijny, taki jak rozmówcy z przywołanego filmu, podporządkowuje swoje życie temu, by przypodobać się wyimaginowanemu bytowi, wykreowanemu przez dość prymitywny lud wiele tysięcy lat temu.

I to, niestety, jest fundamentalna różnica. Różnica, której nie da się zawsze zasypać szacunkiem. Nawet jeśli bardzo by się chciało.

Może właśnie na tym polega największe wyzwanie naszej epoki: jak żyć obok siebie, nie udając, że te różnice nie mają znaczenia. Jak nie zamieniać empatii w obojętność, a szacunku — w milczącą akceptację dla rzeczy, które są po prostu niesprawiedliwe.

Nie chcę nikomu odbierać prawa do wiary. Ale też nie chcę dłużej udawać, że każda religijna narracja zasługuje na równy szacunek tylko dlatego, że jest „czyjaś” i „tradycyjna”. Są idee, które ranią. Są przekonania, które trzymają ludzi w więzieniu. I są systemy moralne, które zwyczajnie nie przystają do współczesnego świata.

Wolność słowa nie polega na tym, by nigdy nikogo nie urazić. Polega na tym, by mieć odwagę powiedzieć: to nie jest w porządku. Nawet jeśli ktoś poczuje się dotknięty.

PS Mikołaj Kapusta ma na swoim kanale film w którym twierdzi, że ludzie stają się ateistami żeby… móc się bez wyrzutów sumienia masturbować. Przepraszam, ale no kurwa ręce opadają… Jak rozumiem taka np. Maria Skłodowska, znana ateistka odeszła od religii bo chciała sobie zrobić dobrze, tak?

Z kim tu rozmawiać? i o czym?

1 thought on “Rozwód po katolicku

Dodaj odpowiedź do Joanna Anuluj pisanie odpowiedzi