Czy Albert Einstein wierzył w boga?

Czy Albert Einstein wierzył w Boga? Pytanie brzmi jak zaproszenie do ciężkiej teologicznej bójki na cytaty, ale w praktyce to raczej lekcja z pogranicza fizyki, wizerunku i sprytnej gry językiem. Bo u Einsteina niemal nic nie daje się zamknąć w prostym „tak” albo „nie”.

Zanim jednak zaczniemy rozbierać jego wypowiedzi na czynniki pierwsze, warto zapytać: dlaczego nas to w ogóle interesuje?


Słynny fizyk już dawno przestał być tylko naukowcem. Jest ikoną — synonimem „czystej inteligencji”. W sporach światopoglądowych jego nazwisko działa często jak argument ostateczny: skoro „Einstein tak mówił”, to temat ma być rzekomo załatwiony. Tyle że w praktyce to zwykle działa odwrotnie: ludzie przypisują mu poglądy, które akurat pasują do ich tezy.

Co wiemy na pewno? Nasz szacowny noblista urodził się w rodzinie niemieckich Żydów, ale nie był religijnym wyznawcą judaizmu. Nie był też „ortodoksyjny” w żadnej wierze. A przede wszystkim — zdecydowanie odrzucał koncepcję Boga osobowego. Tego, który słucha modlitw, interweniuje w historię i decyduje o losach świata. Czyli tego w którego wierzy przytłaczająca część ludzi na Ziemii.

 1954 roku, w słynnym liście do filozofa Erica Gutkinda, napisał bez ogródek:

„Słowo Bóg jest dla mnie niczym innym, jak tylko słowem i wytworem ludzkich słabości, Biblia zaś to zbiór znakomitych, ale raczej prymitywnych legend”.

Trudno o jaśniejsze stanowisko. Jeśli przez „wiarę w Boga” rozumiemy klasyczny teizm — sprawa jest dość prosta: Einstein tę wersję Boga odrzucał.

No dobrze, ale wtedy pojawia się słynny haczyk.

„Bóg Spinozy” czyli panteizm

Einstein nie lubił nazywać siebie ateistą. I to jest element, który ludzi najbardziej drażni albo najbardziej kręci — zależnie od strony sporu. Zamiast tego powtarzał, że wierzy w „Boga Spinozy”.

A fraza „Bóg Spinozy” oznacza jedno: panteizm.

Panteizm to pogląd filozoficzny, wedle którego Bóg nie jest bytem osobowym istniejącym poza światem, lecz jest tożsamy z samą naturą, z porządkiem wszechświata, z prawami rządzącymi rzeczywistością. Bóg nie „działa” w świecie — on jest światem.

Klasycznym przedstawicielem tego stanowiska był Baruch Spinoza, XVII-wieczny filozof, heretyk i intelektualny banita, który za swoje poglądy został wyklęty przez własną wspólnotę religijną. Spinoza pisał o Bogu jako o substancji, która przejawia się w nieskończonej liczbie atrybutów — a natura jest jednym z nich. „Deus sive Natura” — Bóg, czyli Natura.

I teraz pytanie zasadnicze: czy to jest realne, metafizyczne przekonanie, czy raczej elegancki wybieg?

Ja mam podejrzenie, że często to drugie. Bo panteizm bywa filozofią, ale bywa też… językowym azylem. W czasach Spinozy otwarte wyznanie ateizmu mogło być społecznie (a czasem dosłownie) samobójcze. Zamiast powiedzieć brutalne „nie wierzę”, bezpieczniej było powiedzieć: „wierzę, tylko inaczej”. Panteizm dawał parasol ochronny. Można było odrzucić religię w praktyce, a jednocześnie uniknąć etykiety „bezbożnika”.

I tu zaczyna się ciekawa część: ten mechanizm jest wykorzystywany do obrony nawet teraz, w XXI wieku.

Wystarczy spojrzeć na polską politykę i atmosferę wokół wyborów prezydenckich w 2020 roku. Gdy Rafał Trzaskowski obrywał od polskiej bogobojnej prawicy za kwestie chrztu dzieci i rzekomy „ateizm”, odpowiedź nie była frontalnym: „tak, jestem ateistą”. W kraju, gdzie niemal każde miasto ma ulicę Jana Pawła II a większości ludzi wciąż identyfikuje się jako katolicy, otwarte przyznanie się do ateizmu może być samobójcze. Szczególnie w przypadku, gdy wynik wyborczy jest na styku i każdy głos się liczy. Dlatego tez Trzaskowski powiedział że może nie jest tradycyjnym chrześcijaninem, ale wierzy w “Boga Spinozy”.

Dokładnie ta sama bezpieczna formuła: nie mieszczę się w waszych religijnych ramach, ale nie wkładajcie mi do kieszeni słowa, które wciąż dla wielu brzmi jak obelga.

To jest ten sam trik, który — moim zdaniem — często działał u Einsteina. Panteizm jako miękka poduszka, na którą można upaść, kiedy nie chcesz mieć na czole wypalonego „ATEISTA”.

I co z tego wynika?

Einstein niemal na pewno nie wierzył w Boga w sensie religijnym. Nie kupował teizmu, nie kupował „osobowego” Boga, nie kupował Biblii jako objawionej instrukcji obsługi świata. Jeśli ktoś szuka w nim sojusznika klasycznej wiary — będzie rozczarowany.

A jednocześnie Einstein miał wyczucie języka i wizerunku. Zamiast mówić „nie wierzę”, wolał „wierzę w harmonię wszechświata”, „Bóg Spinozy”, „porządek natury”. Brzmi to ładniej, mniej konfrontacyjnie, bardziej poetycko — i, co nie jest bez znaczenia, trudniej to zaatakować jednym prostym hasłem.

Panteizm w jego wydaniu bywa więc nie tyle „wyznaniem wiary”, co eleganckim sposobem na powiedzenie: dogmaty mnie nie obchodzą, cudów nie potrzebuję, a religijna narracja nie jest mi do niczego konieczna — ale nie musicie od razu robić z tego wojny.

Bo czasem łatwiej powiedzieć: „Wierzę w harmonię wszechświata”, niż po prostu: „Nie wierzę”.

Różnica — poza stylem — bywa naprawdę kosmetyczna.

Na koniec, odpowiadając na tytułowe pytanie – Czy Einstein wierzył w boga?

Nie, moim zdaniem zdecydowanie, najsłynniejszy intelektualista świata nie wierzył w boga.

Czy kara smierci ma sens?

Kara śmierci. Trudny temat, Prawda?. Wystarczy jedna brutalna zbrodnia, jeden headline w mediach, a zaraz wylewa się fala głosów: „Powinna wrócić kara śmierci!”, „Zawisłby, to by inni się bali!”, „Po co utrzymywać darmozjada w więzieniu?” – i tak dalej, i tak dalej. Sam mam w tej sprawie od dawna wyrobione zdanie (jednoznacznie negatywne), ale dziś nie chcę pisać o tym, czy kara śmierci jest zgodna z moim sumieniem. Nie chcę wchodzić w spory o etykę, religię czy duchowość. 

Chcę zadać proste pytanie: czy ona w ogóle działa? Czy ma jakikolwiek sens z punktu widzenia pragmatyki, skuteczności, chłodnej kalkulacji?

Czytaj dalej

Fryzjer wyjaśnia problem zła na świecie

Cała nasza współczesna europejska kultura została zbudowana na fundamencie chrześcijaństwa – a szerzej: na Biblii. Trzeba to uczciwie przyznać, nawet jeśli – tak jak ja – jest się ateistą. Bo niezależnie od tego, czy się w nią wierzy, czy nie, Biblia pozostaje chyba najważniejszą księgą w historii ludzkości. Ukształtowała sposób, w jaki myślimy, rozumiemy świat, rozróżniamy dobro i zło.

Czytaj dalej

Dziesięć najlepszych filmów niemych. Lista skrajnie subiektywna

Brytyjski The Guardian opublikował listę dziesięciu najlepszych filmów niemych w historii kina. Cóż – jak to z takimi zestawieniami bywa – rzecz z natury subiektywna. Nie mam zamiaru dołączać do grona internetowych napinaczy, którzy po każdej liście z serii „the best of…” wylewają żale, że twórcy rankingu „kompletnie się nie znają”, bo nie uwzględnili tej czy innej pozycji. Wszystkie filmy z zestawienia The Guardian cenię (mniej lub bardziej) i uznaję za ważne, ale moja własna „dziesiątka” wyglądałaby zupełnie inaczej.

Zamiast więc narzekać – przedstawiam mój osobisty, całkowicie subiektywny ranking dziesięciu najlepszych filmów niemych w historii kina.

Czytaj dalej

Szatan – ofiara czarnego PR

W moim poprzednim tekście, w którym starałem się wykazać, że biblijny Bóg — Jahwe — bardziej przypomina despotę rodem z mrocznego fantasy niż istotę godną czci i uwielbienia, pominąłem pewien wątek. Wątek ważny, ale — nie ukrywam — również nieco zabawny. Chodzi bowiem o postać, bez której każda opowieść o walce dobra ze złem byłaby niepełna. O kogo? Oczywiście o Szatana.

Czytaj dalej

Bóg (nie)jest miłością

W swoim życiu pochłonąłem mnóstwo książek fantasy, a kanon Andrzeja Sapkowskiego znam niemal w całości. Większość z tych historii, zwłaszcza te najsłynniejsze, opiera się na klasycznym motywie walki dobra ze złem. Panteon czarnych charakterów w tym gatunku jest niezwykle bogaty: mamy tolkienowskiego Saurona (czy nawet Morgotha) – ucieleśnienie absolutnego zła. Młodsi czytelnicy znają choćby Lorda Voldemorta z sagi o Harrym Potterze: istotę pozbawioną empatii, budującą swoją władzę na terrorze, strachu i cierpieniu. Albo Imperatora Palpatine’a z Gwiezdnych Wojen (tak, tak Star Wars to fantasy a nie SF). Obraz takich postaci jest nam dobrze znany: to kochający mrok tyrani, bezlitośni i nietolerujący sprzeciwu. Zło w czystej postaci.


Czytaj dalej

Grzegorz Braun i Jezus na drzewie


Ostatnio intensywnie czytam o tzw. objawieniach prywatnych. Wiecie w ogóle, co to znaczy? Jeśli nie, oto oficjalna definicja według Kościoła katolickiego:

Objawienie prywatne to nadprzyrodzone doświadczenie, w którym Bóg, Maryja, Jezus, aniołowie lub święci przekazują pewne treści jednostce lub grupie osób po zakończeniu tzw. objawienia publicznego, czyli po zamknięciu kanonu Biblii.

Czytaj dalej