
Kara śmierci. Trudny temat, Prawda?. Wystarczy jedna brutalna zbrodnia, jeden headline w mediach, a zaraz wylewa się fala głosów: „Powinna wrócić kara śmierci!”, „Zawisłby, to by inni się bali!”, „Po co utrzymywać darmozjada w więzieniu?” – i tak dalej, i tak dalej. Sam mam w tej sprawie od dawna wyrobione zdanie (jednoznacznie negatywne), ale dziś nie chcę pisać o tym, czy kara śmierci jest zgodna z moim sumieniem. Nie chcę wchodzić w spory o etykę, religię czy duchowość.
Chcę zadać proste pytanie: czy ona w ogóle działa? Czy ma jakikolwiek sens z punktu widzenia pragmatyki, skuteczności, chłodnej kalkulacji?
Ostatnio spotkałem się z opinią że taka, ostateczna można by rzec, kara odstrasza. W sensie, gdyby obowiązywała w Polsce, liczba zabójstw by spadła, bo przecież każdy boi się śmierci. Nawet ja się boję, bo nie wierzę w życie po niej. Gdy uznałem ten argument z głupi, zostałem wyśmiany.
Ok. Nie mam monopolu na prawdę. Mogę się mylić, dlatego zajrzałem w statystyki i przyjrzałem się suchym faktom. I cóż z tego wynikło?
Sprawdźmy.
W Polsce ostatni raz wymierzono karę śmierci w 1988 roku (czyli wtedy gdy Kieślowski nakręcił „Krótki film o zabijaniu”). Potem ją zawieszono, a formalnie zniknęła z kodeksu pod koniec lat 90. Gdyby miała rzeczywiście odstraszającą moc, to jej zniesienie powinno otworzyć puszkę Pandory. Powinniśmy wtedy zobaczyć falę brutalnych zbrodni, wystrzał morderstw, poczucie bezkarności. A jednak… nic takiego się nie stało. Statystyki w latach 90. nie wzrosły. Wręcz przeciwnie – wskaźnik zabójstw delikatnie spadł. A potem, jak to w życiu i w danych, raz szedł w górę, raz w dół – ale bez żadnego związku z tym, czy w kodeksie był zapis o stryczku. Nie było „efektu otwartych bram piekieł”. Nie nastąpiła fala zbrodniarzy, którzy uznali, że skoro nie grozi im śmierć, to mogą robić, co chcą.
Dziś Polska ma jeden z najniższych wskaźników zabójstw w całej Unii Europejskiej. I nie – nie dlatego, że jesteśmy narodem szczególnie praworządnym czy że duch represji unosi się nad krajem. Raczej dlatego, że żyjemy w miarę stabilnym społeczeństwie, z coraz lepszym dostępem do edukacji, opieki zdrowotnej, terapii, a ludzie – wbrew temu, co czasem się mówi – zazwyczaj nie są potworami. Nie kalkulują paragrafów. Nie planują zbrodni z podręcznikiem prawa w ręku. Zbrodnie, zwłaszcza te najbardziej okrutne, popełnia się zazwyczaj w afekcie, po pijaku, w furii, w rozpaczy – czyli w stanach, które z racjonalnością mają wspólnego mniej więcej tyle co korek z butem.
Podobnie wygląda to w innych krajach. W Hiszpanii po zniesieniu kary śmierci zabójstw nie przybyło, przeciwnie – liczba zbrodni z użyciem przemocy z roku na rok spadała. Podobne dane widziałem w przypadku większości państw europejskich.Od paru dni siedzę w tych statystykach i naprawdę – gdyby ktoś znalazł choć jeden przypadek, w którym przywrócenie kary śmierci spowodowało wyraźny spadek przestępczości, zapłacę mu 500 złotych.
No dobrze, powie ktoś, ale przecież w Stanach Zjednoczonych kara śmierci wciąż jest wykonywana. I co? I właśnie tam widać, że to nie działa. W USA część stanów stosuje karę śmierci, część nie. A poziom zabójstw? Nie różni się znacząco. Ba, bywa, że w stanach z karą śmierci przestępczość jest wyższa niż w tych, które jej nie mają. A przecież Ameryka to kraj, który zbudował cały przemysł wokół egzekucji: komory gazowe, zastrzyki, apelacje, całe procedury ciągnące się latami. I co z tego mają? Gorsze wyniki niż kraje, które po prostu postawiły na sprawne instytucje.
Bo właśnie tu tkwi kasztan pogrzebany. To nie surowość kary odstrasza. Odstrasza nieuchronność. Strach nie przed karą samą w sobie, ale przed złapaniem. I tu pojawia się pytanie: czy naprawdę chcemy budować poczucie bezpieczeństwa na strachu przed egzekucją, zamiast na skutecznej policji, szybkim sądzie, dobrym systemie edukacji i pomocy społecznej?
Zresztą, jest jeszcze coś. Kara śmierci to wygodna fikcja. Ona nie wymaga refleksji. Nie każe się zastanawiać, dlaczego ludzie popełniają zbrodnie. Nie zmusza państwa do wydawania pieniędzy na psychiatrów, programy resocjalizacji, leczenie uzależnień, zapobieganie przemocy domowej czy reformę prawa karnego. Egzekucja to szybki gest, który pozwala politykom powiedzieć: „zrobiliśmy wszystko, co się dało”. Choć tak naprawdę zrobili najmniej.
No i jeszcze jedna sprawa, o której rzadko się mówi: błędy. Błędy są częścią każdego systemu. A systemy sprawiedliwości nie są z tego wyjątkiem. Fałszywe zeznania, uprzedzenia, zbyt szybkie wyroki, medialna nagonka – historia zna wiele przypadków, kiedy niewinni ludzie zostali skazani na śmierć. A śmierci nie da się cofnąć. Nie ma „undo”. Dożywocie, przy wszystkich swoich wadach, daje przynajmniej czas. Czas na odwołanie, na odkrycie nowych dowodów, na rehabilitację. Kara śmierci – nie.
Acha, no i jest jest jeszcze jeden argument do obalenia. Nieraz słyszę wśród zwolenników kary śmierci, o tym że bez sensu jest utrzymywanie darmozjada przez całe życiw w wiezieniu za pieniadze podatnika. Tyle że to też bzdura.
W praktyce kara śmierci jest droższa niż dożywotnie więzienie. I to nie trochę droższa, tylko często znacznie droższa. Dlaczego? Bo w grę wchodzi życie człowieka, więc system prawny działa na najwyższych obrotach. Dłuższe procesy. Więcej prawników. Więcej biegłych. Lata apelacji. Kolejne rozprawy. Procedury, zabezpieczenia, specjalne warunki przetrzymywania skazanych.
W niektórych stanach USA wyliczono, że sprawy zakończone wyrokiem śmierci kosztują podatników o miliony dolarów więcej niż sprawy, w których zapada wyrok dożywocia. Czyli ten „darmozjad”, którego rzekomo taniej byłoby zlikwidować, w rzeczywistości generuje większe koszty właśnie dlatego, że system chce go zabić zgodnie z prawem.
I tu, gdzie miało być pragmatycznie, robi się też – po ludzku – smutno.
Bo kara śmierci nie jest rozwiązaniem. To raczej pomysł z czasów, kiedy choroby leczyło się upuszczaniem krwi. Prosta odpowiedź na skomplikowane problemy. A ja prostych odpowiedzi nie lubię. Nie żyjemy w głębokiej starożytności, gdzie obowiązuje kodeks Hammurabiego – oko za oko, ząb za ząb.
Na szczęście.