
Cała nasza współczesna europejska kultura została zbudowana na fundamencie chrześcijaństwa – a szerzej: na Biblii. Trzeba to uczciwie przyznać, nawet jeśli – tak jak ja – jest się ateistą. Bo niezależnie od tego, czy się w nią wierzy, czy nie, Biblia pozostaje chyba najważniejszą księgą w historii ludzkości. Ukształtowała sposób, w jaki myślimy, rozumiemy świat, rozróżniamy dobro i zło.
A kto ją stworzył? Żydzi – naród wybrany przez Boga. Tak przynajmniej głosi samo Pismo. To z tego ludu wywodzą się Abraham, Mojżesz, królowie Dawid i Salomon, Jezus Chrystus, jego matka Maria oraz wszyscy apostołowie. Naród, który rzekomo miał szczególną relację ze stwórcą. Naród, który – według Biblii – był przez boga prowadzony, chroniony, napominany, ale i wielokrotnie ratowany z opresji.
I właśnie ten naród doznał największej tragedii w nowożytnych dziejach: Holocaustu. Hitlerowcy wymordowali około sześciu milionów Żydów. Bestialsko. Metodycznie. Na oczach całego świata. W obozach, w dołach śmierci, w gettach. W Europie, która jeszcze niedawno odmawiała psalmy.
W tym miejscu pada pytanie, które – moim zdaniem – rozsadza religię od środka: gdzie był Bóg, kiedy Jego naród konał w komorach gazowych? Dlaczego milczał Ten, który wcześniej – według Biblii – rozstępował morze, zsyłał manny i plagi, przerywał bitwy? Czy zabrakło mu mocy? Czy zabrakło miłosierdzia?
To pytanie zadają nie tylko „wstrętni” ateiści, tacy jak ja, ale i najbardziej gorliwi wierzący – zarówno Żydzi, jak i chrześcijanie. Wielu próbowało na nie odpowiedzieć robiąc rózne absurdalne fikołki logiczne. Inni – jak żydowski teologi i filozof Richard Rubenstein – odpowiedzieli brutalnie szczerze: po Auschwitz nie da się już wierzyć w Boga, jakiego znaliśmy wcześniej. Bóg, jeśli był, to symbolicznie umarł.
Zło jako problem filozoficzny – czyli Leibniz ijrgo poglądy
Naturalnie, problem zła w świecie nie zaczął się od hekatomby Holocaustu. Wojny, katastrofy, choroby, głód, cierpienie niewinnych – towarzyszyły ludzkości od zawsze. Ba, cierpienie było obecne na ziemii przed pojawieniuem się pierwszych ludzi. Temat był zawsze dla wierzących na tyle trudny, że apologeci stworzyli cała gałąź filozofii poświęcona próbom jego wyjasnienia. Mowa o tzw. Teodycei.
Twórcą pojęcia był niemiecki filozof Gottfried Wilhelm Leibniz. Według niego, świat, w którym żyjemy – mimo wszystko – jest najlepszym z możliwych światów. Dlaczego więc pełen jest cierpienia? Bo wszystko jest częścią doskonałego, choć dla nas niezrozumiałego, boskiego planu. Cierpienie? Konieczne. Zło? Pozorne. My po prostu nie widzimy całości.
Tak na marginesie (już o tym wspominałem w którymś z poprzednich wpisów) – za każdym razem gdy ktoś, żeby wybronić wymyślonego boga, używa argumentu o większym boskim planie, którego my, śmiertelnicy, nie rozumiemy, na świecie umiera mała panda, a mi wypadają ostatnie włosy z głowy.
Brzmi szlachetnie. I naiwnie. Dla tych, którzy chcieliby zobaczyć, jak łatwo ten optymizm może obrócić się w groteskę, polecam „Kandyda” Woltera – satyrę, która robi z Leibniza miazgę. Krwawą, ironiczną miazgę.
A może… fryzjer wszystko wyjaśni?
Rozmawiałem wczoraj z kolegą z pracy (pozdrawiam serdecznie jeśli to czyta) – zagorzałym chrześcijaninem, który nie boi się konfrontować swoich poglądów z moimi ateistycznymi objekcjami. Przywołał on pewien ciekawy argument. Odnosi się on do tego, że zło na świecie nie wynika z braku boga, jak twierdza ateiści, ale z faktu że ludzie obdatrzeni wolnabwola od niego odchodzą. O ile dobrze zrozumiałem jego argumentację jest ona doskonale zbiezna z tym apologetycznym filmem krążącym po YouTube:
: „Jeśli Bóg istnieje, to czemu jest tyle cierpienia? – Fryzjer”.
Parabola zawarta w filmie jest prosta: ateista mówi, że nie wierzy w Boga, bo na świecie jest zło. Na co jego rozmówca odpowiada, że z takiego rozumowania wynikałoby, że nie istnieją też… fryzjerzy. Bo przecież są ludzie zaniedbani, z długimi, brudnymi włosami. Problem nie leży w istnieniu fryzjera, ale w tym, że ktoś do niego nie przyszedł. Analogicznie – Bóg istnieje, tylko ludzie się od Niego odwracają.
Argument wydaje się sensowny na pierwszy rzut oka. Ale tylko na pierwszy.
Bo problem zła nie rozbija się o to, że ludzie nie „chodzą do Boga”. Rozbija się o to, kto cierpi i dlaczego.
Trzy podstawowe problemy z „teodyceą fryzjera”
Po pierwsze: nie istnieją żadne dowody na to, że ludzie religijni cierpią mniej. Że rzadziej chorują. Że rzadziej doświadczają przemocy, katastrof czy tragedii. Wręcz przeciwnie – historia uczy, że cierpienie nie omija nikogo. Zarówno modlących się gorliwie, jak i niewierzących. Wiara nie działa jak tarcza ochronna.
Po drugie: cierpienie dotyka również tych, którzy nie są w stanie odwrócić się od Boga, bo… jeszcze nie mają takich zdolności poznawczych. Dwuletnie dziecko umierające na raka nie wybiera ani wiary, ani niewiary. Ono nawet nie rozumie, co to znaczy „Bóg”. Jak więc może „nie przyjść do fryzjera”?
Czy sugerujemy, że dziecko cierpi za grzechy rodziców? Bo jeśli tak – to, przepraszam bardzo, ale taki Bóg nie jest miłosierny. Jest… okrutny. I niesprawiedliwy.
Po trzecie: cierpienie dotyka także istot, które nie mają wolnej woli ani moralnej świadomości. Zwierząt. One też chorują, konają w męczarniach, umierają na wojnach, palą się w pożarach. Po co? Jaka jest duchowa lekcja z bólu konającej koali?
Warto obejrzeć chociażby ten krótki, smutny film:
Jakie przesłanie ma dla nas to, że miliony zwierząt giną w cierpieniach – bez żadnej winy, bez grzechu, bez wolnej woli? Co one mają wspólnego z wolnym wyborem człowieka? Czy one też „nie przyszły do Boga”? To już nie tylko absurd. To bluźnierstwo wobec samego rozumu.
I jeszcze jedno: cierpienie istniało zanim pojawił się człowiek. Dinozaury konały w męczarniach miliony lat przed tym, jak Adam – jeśli wierzyć Pismu – zjadł jabłko. Wybaczcie, ale nie bardzo widzę tu „karę za grzech pierworodny”.
Nie twierdzę, że mam gotowe odpowiedzi. Ale jeśli wierzący chcą mówić o Bogu jako o istocie wszechmocnej i nieskończenie dobrotliwej – to muszą się zmierzyć z pytaniem o cierpienie. Rzeczywiste, niewinne, bezsensowne. Z pytaniem, które nie daje spokoju od wieków – ale po Auschwitz brzmi jeszcze mocniej.
Bo można nie wierzyć w Boga. Ale nie da się nie wierzyć w cierpienie.
PS Czasami naprawdę żal mi wierzących. To aż zabawne, jakie oni muszą robić fikołki logiczne żeby wybronić swoją wiarę i swojego boga.