
Ostatnio intensywnie czytam o tzw. objawieniach prywatnych. Wiecie w ogóle, co to znaczy? Jeśli nie, oto oficjalna definicja według Kościoła katolickiego:
Objawienie prywatne to nadprzyrodzone doświadczenie, w którym Bóg, Maryja, Jezus, aniołowie lub święci przekazują pewne treści jednostce lub grupie osób po zakończeniu tzw. objawienia publicznego, czyli po zamknięciu kanonu Biblii.
Pod tę kategorię podpadają wszystkie „ukazywania się” Maryi lub Jezusa w Lourdes, Fatimie, Gietrzwałdzie czy Medjugorie, a także wizje św. Faustyny Kowalskiej.
Wszystkie te wydarzenia łączy jedno: z mojej perspektywy – czyli sceptyka, który nie wierzy w żadne zjawiska nadprzyrodzone – są one tak skrajnie nieprawdopodobne i szyte tak grubymi nićmi, że miejscami po prostu trudno się nie uśmiechnąć. Przepraszam wierzących – ale taka jest prawda. Chcę w przyszłości napisać o tym dłuższy tekst, ze szczególnym uwzględnieniem najsłynniejszego objawienia w Fatimie, ale jeszcze muszę przeczytać parę książek.
A skąd w ogóle u mnie taki temat?
Wszystko zaczęło się od nieszczęsnych tegorocznych wyborów prezydenckich. Do dziś, gdy o nich myślę, czuję autentyczny ból. Szkoda Polski, jak to powiedział kiedyś inny były prezydent. W pierwszej turze Grzegorz Braun, skrajnie prawicowy radykał i fanatyk religijny,a przede wszystkim zwykły polityczny błazen, zdobył 6,34% , czyli dokładnie 1 242 917 głosów. Zgroza.
Dla mnie nie tyle sama wygrana Karola Nawrockiego (choć delikatnie mówiąc, nie jestem jego fanem) była najbardziej przerażająca, ile właśnie wynik Brauna. W Płocku, mieście z którym jestem związany całe życie, mieszka ok. 112 tysięcy ludzi. Na Brauna zagłosowało tyle osób, że nie zmieściliby się w dziesięciu Płockach. Naprawdę strach się bać.
No dobrze, a co właściwie mają wspólnego Braun i objawienia?
W sumie dużo. Nasz fachowiec od gaśnicy to fanatyczny wręcz zwolennik objawień prywatnych, zwłaszcza tych z Gietrzwałdu.
Słyszeliście kiedyś w ogóle tą nazwę?
W 1877 roku, w tej małej warmińskiej wsi, dwie dziewczynki (jedna miała 13 lat, druga 12) ogłosiły, że ukazała im się Matka Boża i kazała odmawiać rózaniec. Jakie były na to dowody? Żadne – zresztą tak jak w kazdym tego typu wypadku, musimy uwierzyc na słowo że bozia się ukazała i tyle. Ale to wystarczyło, by Kościół uznał objawienie za prawdziwe. I tak Gietrzwałd stał się miejscem kultu, do którego do dziś pielgrzymują tłumy z całej Polski.
Braun – przypomnę, że również reżyser – nakręcił o Gietrzwałdzie film dokumentalny, w którym twierdzi, że to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Polski. Serio. Co więcej, zapowiedział, że gdyby został prezydentem, pierwszą oficjalną wizytę odbyłby właśnie do Gietrzwałdu. Nie do Waszyngtonu, Londynu, Berlina czy Paryża – tylko do warmińskiej wioski, bo dwóm dziewczynkom w XIX wieku „ukazała się Maryja”. Ręce opadają.
Jezus w drzewie, buzia w tęczy
Dlatego właśnie ostatnio tak intensywnie siedzę w temacie objawień. Nawet zamówiłem książkę o Fatimie i planuję napisać coś dłuższego. Ale dziś chciałem poruszyć tylko jedną, dość luźną i – z mojej perspektywy – zabawną kwestię.
Oprócz słynnych objawień uznanych przez Kościół, mamy też całą masę tych mniejszych, bardziej „ludowych”. Niektóre są tak absurdalne ża nawet kler ma w obie tyle przyzwoitości że uznaje je za nieprawdziwe. Kojarzycie historię z „buzią w tęczu”? Albo Jezusem w drzewie?
Parę lat temu media obiegła wiadomość, że w miejscowości Parczew ktoś zauważył wizerunek Jezusa na drzewie. Nie chcę się tu zbytnio wyśmiewać – zwłaszcza że często są to starsze osoby, wychowane w takim, a nie innym paradygmacie. Ale jedna rzecz zawsze mnie intryguje przy takich „cudach”i dotyczy to zarówno objawień małych, jak w Parczewie, jak i dużych jak Fatima czy Lourdes:
Skąd w zasadzie wiadomo, że to Jezus?
Zawsze, gdy ktoś widzi postać w zacieku, chmurze czy drzewie, natychmiast twierdzi, że to Jezus albo Maria, jego matka. Ale skąd oni to wiedzą? Przecież te „objawienia” nie są podpisane. Nie wiemy, jak Jezus czy Maryja wyglądali. Biblia nie zawiera żadnego opisu ich twarzy, wzrostu, rysów. Wizerunki, które dziś kojarzymy, to czysta sztuka i tradycja, nie fakty.
Więc pytam: skąd pani z Parczewa wie, że widzi Jezusa, a nie np. Grzesia Brauna? W końcu też ma brodę.

A jak naprawdę wyglądał prawdziwy Jezus?
Jezus z Nazaretu, ten prawdziwy – bo to była postać historyczna – wyglądał jak przeciętny mieszkaniec Bliskiego Wschodu w I wieku. Mówił po aramejsku, miał ciemną karnację, ciemne oczy i włosy. Gdyby się czymś fizycznie wyróżniał, Ewangelie z pewnością by o tym wspomniały. Przecież gdyby Chrystus wyglądał tak jak chociażby w widzeniach Faustyny Kowalskiej, na pewno ktoś zwróciłby uwagę, że nie pasuje do reszty mieszkańców, jest wyjątkowy, nie pochodzi stąd. A nie wspominają. Więc najprawdopodobniej niczym się nie wyróżniał. Zdaniem naukowców mógł wyglądać mniej więcej tak:

Wyobraźcie sobie teraz, że taki oryginalny Jezus pojawia się na ulicy współczesnego polskiego miasta. Myślicie, że zostałby przyjęty z otwartymi ramionami? Czy raczej usłyszałby: „wypier… ciapaty” i został przegoniony?
Ciekawe, prawda?