
W swoim życiu pochłonąłem mnóstwo książek fantasy, a kanon Andrzeja Sapkowskiego znam niemal w całości. Większość z tych historii, zwłaszcza te najsłynniejsze, opiera się na klasycznym motywie walki dobra ze złem. Panteon czarnych charakterów w tym gatunku jest niezwykle bogaty: mamy tolkienowskiego Saurona (czy nawet Morgotha) – ucieleśnienie absolutnego zła. Młodsi czytelnicy znają choćby Lorda Voldemorta z sagi o Harrym Potterze: istotę pozbawioną empatii, budującą swoją władzę na terrorze, strachu i cierpieniu. Albo Imperatora Palpatine’a z Gwiezdnych Wojen (tak, tak Star Wars to fantasy a nie SF). Obraz takich postaci jest nam dobrze znany: to kochający mrok tyrani, bezlitośni i nietolerujący sprzeciwu. Zło w czystej postaci.
A teraz pozwólcie na przewrotny eksperyment myślowy: co jeśli istnieje postać jeszcze bardziej przerażająca, bezwzględna, nieludzka – a mimo to czczona przez miliony jako uosobienie miłości, łaski i dobroci? Brzmi jak ponura ironia, groteskowy paradoks? I słusznie.
Od dłuższego czasu kiełkowała we mnie myśl (zasiana chyba przez Dawkinsa), że światowa literatura – zwłaszcza ta, która formuje zachodnią kulturę – skrywa w sobie postać znacznie bardziej niepokojącą niż wszyscy fikcyjni antagoniści razem wzięci. I nie mam tu na myśli żadnej postaci z fantastyki czy ogólnie literatury pięknej. Mówię o kimś, kto od tysięcy lat dominuje nie tylko w narracjach religijnych, ale i w życiu społecznym oraz politycznym całych cywilizacji.
Mam na myśli Jahwe – jedynego Boga judaizmu i chrześcijaństwa, stwórcę wszechświata, „Ojca” wszechrzeczy, którego portret znajdziemy w kartach Biblii. I nie mam wątpliwości, że pod względem bezwzględności, okrucieństwa i moralnej ambiwalencji, jest to najbardziej zatrważająca figura w całej literaturze światowej.
Porzucając na chwilę ramy wiary i przyglądając się tej postaci wyłącznie literacko – jako bohaterowi tekstu wymyślonego przez człowieka – trudno nie zauważyć cech tyrana. Jahwe żąda absolutnego posłuszeństwa. Każe za najmniejsze odstępstwa. Zaleca eksterminację całych ludów, w tym kobiet i dzieci. Kara śmiercią za nieprzestrzeganie szabatu. Zsyła plagi, testuje ludzi cierpieniem, niszczy to, co sam stworzył, po czym oczekuje uwielbienia. W obliczu takiej narracji nawet najczarniejsze postacie historii – Hitler, Stalin, Pol Pot – jawią się niekiedy jako mniej totalitarne w swym działaniu.
„Ale przecież Bóg jest miłością!” – zaprotestuje wielu, wychowanych od dzieciństwa w przekonaniu o dobroci, łagodności i przebaczeniu płynącym z niebios. Sam pamiętam szkolne rekolekcje i śpiewaną z entuzjazmem piosenkę: „Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem, raduje się każdym moim gestem…”. No fajnie, tyle że w zderzeniu z lekturą Starego Testamentu – pozbawioną doktrynalnych tłumaczeń i apologetycznych wygładzeń – ten obraz pęka jak bańka mydlana.
To nie jest bóg, który jest wszędzie i każdego kocha. To władca, który wymaga strachu, lojalności, ofiar i kultu. To nie sędzia sprawiedliwy – lecz suweren, który sam ustala reguły i nie waha się karać, kiedy tylko uzna, że przekroczono granicę.
I tu pojawia się elementarne pytanie: czy taka postać zasługuje na nasze uwielbienie? Czy powinniśmy przymuszać dzieci do modlitwy do istoty, która – w narracji świętej księgi – zniszczyła całą ludzkość potopem, nie pomijając niemowląt i ciężarnych? Czy moralność oparta na strachu przed karą to rzeczywiście moralność? Ja osobiście nie wierzę w istnienie boga.
Zdaję sobie sprawę, że ten tekst może wzbudzić kontrowersje, a nawet oburzenie (ogólnie ludzie często oburzają się na to co mówię i piszę o religii, przyzwyczaiłem się. Jednak skoro przez wieki wolno było mówić o miłosierdziu Boga, dlaczego dziś nie wolno zadać pytania: czy ten sam Bóg nie ma również twarzy tyrana? Jeśli boimy się tej myśli, być może warto zapytać: co tak naprawdę czcimy?
Bo może największym problemem nie jest to, że Jahwe bywał okrutny. Może największym problemem jest to, że uznaliśmy jego okrucieństwo za święte prawo.
Przyjrzyjmy się kilku przykładom, które trudno uznać za wyraz „nieskończonego miłosierdzia”:
- Potop – totalna eksterminacja (Księga Rodzaju 6–7) To opowieść znana każdemu od dzieciństwa: Noe, arka, zwierzęta parami i wielki deszcz. W wersji dla przedszkolaków – piękna historia o nadziei. W wersji dorosłej – masowe ludobójstwo dokonane przez Boga. Jahwe, niezadowolony z ludzkiego postępowania, postanawia zniszczyć wszystko, co żyje. Nie tylko dorosłych grzeszników – również dzieci, niemowlęta, kobiety w ciąży, zwierzęta. Jedynymi ocalałymi są Noe i jego najbliżsi. Czy tak postępuje istota miłosierna? Czy Bóg, który nie potrafi znaleźć lepszego rozwiązania niż zagłada całej ludzkości, naprawdę zasługuje na cześć?
- Rzeź pierworodnych w Egipcie (Księga Wyjścia 12) W ramach „dziesięciu plag egipskich” Bóg najpierw zatruwa rzeki, sprowadza szarańczę i ciemność, a na końcu – zabija wszystkich pierworodnych synów Egipcjan. Włącznie z dziećmi i niemowlętami. Nawet zwierzęta nie są oszczędzone. I to nie dlatego, że byli winni – kara jest wymierzona całemu narodowi. To działanie nie ma nic wspólnego z „karą sprawiedliwą”. To czysta zemsta, brutalna i całkowicie nielosowa. Czy naprawdę potrzebujemy Boga, który morduje dzieci, aby przekonać Faraona?
- Nakaz ludobójstwa (Księga Jozuego 6–11; Księga Powtórzonego Prawa 7) Jahwe niejednokrotnie nakazuje Izraelitom wymordowanie całych miast i ludów. Kiedy zdobywają Jerycho, nie wolno im oszczędzić nikogo: „I wytępili wszystko, co było w mieście: mężczyzn i kobiety, młodych i starych, woły, owce i osły, mieczem” (Joz 6,21). W innym miejscu Bóg wyraźnie nakazuje: „Nie zawieraj z nimi przymierza, nie lituj się nad nimi” (Pwt 7,2). To nie są metafory. To literalne wezwania do czystek etnicznych.
- Kara za dotknięcie Arki Przymierza (2 Księga Samuela 6,6–7) Uzza, człowiek, który próbował ustabilizować przechylającą się Arkę Przymierza, zostaje natychmiast zabity przez Boga – za to, że ją… dotknął. Zrobił to z dobrej woli, chcąc zapobiec upadkowi świętego przedmiotu. Jahwe jednak nie wybacza nawet odruchu – jego świętość liczy się bardziej niż życie człowieka.
- Historia Hioba (Księga Hioba) Choć to przypowieść, pokazuje w dobitny sposób, z jaką lekkością Bóg może zniszczyć czyjeś życie – ot tak, dla „sprawdzenia wierności”. Hiob traci wszystko: dzieci, majątek, zdrowie – nie dlatego, że zgrzeszył, ale ponieważ Jahwe zawiera zakład z Szatanem. Czy to miłość? Czy to dobroć?
A teraz dwie „ulubione”, creme de la creme boskiej „miłości”:
- Niedźwiedzie masakrują dzieci (2 Krl 2,23–24) To jedna z tych historii, które brzmią jak z jakiegoś ponurego żartu… tylko że naprawdę są w Biblii. Prorok Elizeusz idzie sobie drogą, a z miasta wychodzi grupka dzieciaków. Zaczynają się z niego naśmiewać – głównie z tego, że jest łysy. Typowe dzieciaki, trochę bezczelne, ale raczej nieszkodliwe. I co robi Elizeusz? Nie ignoruje, nie ucisza, nie upomina. Woła przekleństwo w imię Jahwe. A Bóg? Zesłał dwa niedźwiedzie z lasu, które dosłownie rozszarpały 42 dzieci. Za co? Za głupie docinki. Taki biblijny poziom dystansu do siebie… Sam zbyt wiele włosów nie mam, może nawet odczuwam pewien kompleks na tym punkcie, no ale bez przesady…
- Bóg przez TYDZIEŃ torturuje dziecko Dawida (2 Sm 12,15–18) Król Dawid popełnia grzech – zabiera sobie żonę innego mężczyzny (Batszebę), a jej męża, Uriasza, wysyła na pewną śmierć. Brzydka sprawa, wiadomo. I wtedy pojawia się prorok Natan, który ogłasza: „Dawidzie, zgrzeszyłeś, kara musi być”. I wiecie, kto ponosi konsekwencje? Nie Dawid. Nie Batszeba. Umiera ich nowo narodzone dziecko – niemowlę – które przez siedem dni umiera w cierpieniu, bo… Bóg tak postanowił. Bo kiedy Bóg się obrazi, to cierpi ktoś zupełnie inny. Piękny pokaz sprawiedliwości, co nie?
To tylko wybrane przykłady. Można by wymieniać dalej: kary za niewierność, rozkazy zabijania homoseksualistów, bluźnierców i cudzołożników, testy dziewictwa żon, nakazy niewolnictwa. Stary Testament roi się od historii, które – gdyby przedstawić je bez kontekstu religijnego – wszyscy ludzie (no może poza wyborcami Grzegorza Brauna) uznaliby za moralnie odrażające.
Apologetyka kontra Logika
Dlaczego o tym nie mówimy? Dlaczego od dziecka uczymy się o „Bogu miłości”, zamiast poznać również tę drugą, ciemną stronę? Czy to nie jest forma zbiorowej cenzury? Być może nadszedł czas, by przyznać: postać Boga opisana w Starym Testamencie nie jest jednoznaczna. I może nie powinniśmy jej więcej bezrefleksyjnie wielbić – przynajmniej dopóki nie odpowiemy sobie uczciwie: czy naprawdę rozumiemy, komu oddajemy cześć?
Oczywiście chrześcijańscy apologeci zdają sobie sprawę z problemu, jakie przysparzają takie fragmenty Biblii, toteż starają się je wyjaśnić, z mniejszym lub większym powodzeniem. Na przestrzeni wieków chrześcijańscy filozofowie głowili się nad tym, zwoływano specjalne sobory, na których mądre głowy Kościoła ustalały, że to wszystko nie jest tak, jak się wydaje. Temat jest trudny, bo z jednej strony doktryna Kościoła głosi, że Pismo Święte jest nieomylne i w całości natchnione przez Boga, a z drugiej trzeba jakoś to wszystko sensownie wyjaśnić.
Jak to robią? Różnie. A to, że wiele fragmentów Biblii jest metaforą, której nie można traktować dosłownie, tylko jako symbol, alegorię. I trzeba te słowa w odpowiedni sposób zinterpretować. No spoko, spoko, tylko że w drugą stronę to jakoś nie działa – gdy kler chce pognębić z ambony jakąś znienawidzoną grupę społeczną, typu ateiści, rozwodnicy czy homoseksualiści, wtedy już słowa Pisma trzeba traktować jak najbardziej poważnie i dosłownie.
Inni tłumaczą okrucieństwo Boga jego sprawiedliwością – Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze; ludzie nagrzeszyli, to mają za swoje. Dura lex, sed lex, jakby powiedzieli prawnicy. Tyle że to też bzdura, bo niby czym zawiniło dziecko Dawida?
No i mój ulubiony argument – Bóg stoi na znacznie wyższym szczeblu intelektualnym niż jakikolwiek człowiek, dlatego nie jesteśmy w stanie zrozumieć jego zamiarów. Mówiąc kolokwialnie – jesteśmy za głupi, żeby zrozumieć jego działania, dlatego nie powinniśmy ich krytykować. Jak to ktoś kiedyś powiedział – argument będący odpowiednikiem karty wyjścia z więzienia z gry Monopol – gdy chrześcijaninowi brak argumentów, używa tego. Tyle że to można odwrócić – skoro niezbadane są wyroki Boga, to skąd w zasadzie wiadomo, że nas kocha? Może tak naprawdę Bóg ma całą ludzkość w głębokim poważaniu, może jesteśmy dla niego rodzajem jakiegoś eksperymentu, tyle że ponieważ jesteśmy za mało inteligentni, nie pojmujemy jego zamiarów. Jak księża mogą mówić, że Bóg coś od nas chce, czegoś wymaga? Może wszystko jest źle zrozumiane? He?
Przerażająca Retoryka
Przeszukując apologetyczną część internetu, natrafiłem na ten film. Autor jest teologiem z wykształcenia, zatem można uznać, że to, co mówi, jest zgodne z nauczaniem Kościoła:
Czy ja dobrze zrozumiałem? Ten gościu twierdzi, że tortury starotestamentowego Boga to akt łaski, dzięki któremu grzesznicy mogli się nawrócić? A co z dzieckiem Dawida, o którym wspominam trochę wyżej? Bóg tydzień je torturował, żeby się nawróciło?
Przerażająca retoryka. Skrajnie przerażająca. I moim zdaniem totalnie nie do zaakceptowania.
Chrześcijanie muszą robić niesamowite fikołki logiczne, żeby w jakikolwiek sposób wybronić bóstwo, w które wierzą. Dla mnie jako ateisty sprawa jest znacznie prostsza do wyjaśnienia: Starotestamentowy Bóg jest bezlitosny, ponieważ ludzie, którzy wymyślali te historie, byli na całkowicie innym stopniu rozwoju niż my, współcześni. To były prymitywne, koczownicze ludy, kierujące się całkowicie odmienną moralnością niż nasza, dlatego obraz boga jest taki, jaki jest. Tyle, więcej wyjaśnień nie trzeba.
Tekst zakończę cytatem z, nie ukrywam, jednego z moich intelektualnych idoli, Richarda Dawkinsa:
We wszystkich sprawach zdrowe jest od czasu do czasu postawić znak zapytania przy rzeczach, które od dawna uważaliśmy za oczywiste ~ Bertrand Russell
Bóg Starego Testamentu to chyba jeden z najmniej sympatycznych bohaterów literackich: zawistny (i dumny z tego), małostkowy i niesprawiedliwy typ, z manią na punkcie kontrolowania innych i niezdolny do wybaczania, mściwy i żądny krwi zwolennik czystek etnicznych, mizogin, homofob i rasista, dzieciobójca o skłonnościach ludobójczych (oraz morderca własnych dzieci przy okazji), nieznośny megaloman, kapryśny i złośliwy tyran. Ci z nas, którzy od najwcześniejszego dzieciństwa się z nim stykają, nie dostrzegają tego horroru. Dopiero błogosławiona niewiedza stwarza odpowiednią perspektywę.
Amen. Cytat pochodzi oczywiście z „Boga Urojonego”. Polecam każdemu tą książkę, bez względu czy jest wierzący czy nie.
Szacunek, że nie boisz się poruszać takich tematów.